Magia Posiadania
Sporo piszę ostatnio o sztucznej inteligencji, ale gdybym miał wymienić jakieś inne ważne osiągnięcie ludzkości to jednym z pierwszych skojarzeń byłaby z pewnością biblioteka.
Koncept, który byłby nie do pomyślenia w ostatnich latach. Miejsce, gdzie człowiek może przyjść i za darmo wypożyczyć książkę, zabrać ze sobą do domu i oddać po zakończonej lekturze, brzmi abstrakcyjnie w świecie gdzie wszystko ma abonament albo jakieś ukryte koszty. No dobra, nie ma nic za darmo, każdy podatnik dokłada swoją część na funkcjonowanie tych instytucji. Kiedy następnym razem pomyślisz Czytelniku, że ci straszni politycy latają sobie na wczasy za twoje ciężko oddane podatki to dla kontrastu pomyśl o tych wszystkich ludziach błogo zaczytanych w wyimaginowane światy dostępne na wyciągnięcie ręki w publicznej bibliotece.
Coraz mniej ludzi pamięta już czasy, kiedy jedynym sposobem na dostanie jakiegoś albumu muzycznego albo filmu było przegranie go na kasetę (a trochę później na płytę) po pożyczeniu od znajomego. Odkładamy tutaj na bok sprawy moralne, po prostu niektórych rzeczy nie dało się kupić albo wyszukać w internecie jak dzisiaj. Jak łatwo przyszło nam przestawić się na zamawianie rzeczy on-line. Teraz trudno sobie wyobrazić jak wyglądałyby nasze zakupy bez tego.
Ale przecież w naszej wspaniałej cywilizacji człowieka XXI wieku nawet nie musimy kupować! Wystarczy za (wydawałoby się drobną) opłatą wykupić dostęp do platformy oferującej tysiące filmów, albumów, gier, audiobooków czy innych ulotnych doświadczeń. Tak długo jak nie jesteśmy kolekcjonerami danej rzeczy, to lepiej jest zapłacić za czasowy dostęp niż kupować coś co obejrzymy albo przeczytamy tylko raz. Prawda?
Z drugiej jednak strony, kiedy możemy powiedzieć, że coś faktycznie jest nasze? Co to znaczy mieć? Gdyby dłużej się nad tym zastanowić, to kompletnie abstrakcyjny koncept. Powiesz, że to twoja książka, bo leży na półce w twoim domu. Kiedy pożyczysz ją znajomemu, to nadal twoja książka, chociaż znajduje się gdzieś indziej. Możesz pokazać paragon z księgarni, dowód zakupu. A co jeśli paragon wyrzuciłeś? I znajomy powie po kilku miesiącach, że w sumie to przecież zawsze była jego książka? Może na pierwszej stronie jest dedykacja, którą ktoś napisał dla ciebie. Co jeszcze sprawia, że zbiór atomów można przypisać do konkretnej osoby? Rzeczy jak akty własności, dokumenty, prawo to wynalazki znane od starożytności, ale to tylko wierzchołek góry lodowej w całym temacie posiadania. Po co w ogóle te wywody?
Do przemyśleń skłoniła mnie informacja od Sony, które ogłosiło, że usuwa niektóre filmy z bibliotek użytkowników Playstation Store w Wielkiej Brytanii nawet, jeśli ktoś już za nie zapłacił. Dodatkowo planuje całkowicie odejść od sprzedaży gier na fizycznych nośnikach. Kolejna burza odrobinę niedostrzegalna w tajfunie zdarzeń ostatnich miesięcy. Ale co to oznacza dla nas?
Nie będziesz nic posiadał i będziesz szczęśliwy
W wielu kręgach powiela się to zdanie, które rzekomo wypowiedział założyciel Światowego Forum Ekonomicznego Klaus Szwab. To bardzo wygodne kłamstwo, które wpisuje się w narracje internetowych siewców paniki (tak jak to, że pan Szwab jest masońskim przedstawicielem rasy reptilian po kryjomu rządzących światem). Ale pochylmy się na chwilę nad tym sformułowaniem.
Zdanie “Nie będziesz nic posiadał i będziesz szczęśliwy” rzeczywiście padło w 2016 w jednym ze spotów Światowego Forum Ekonomicznego, w którym to przewidywali oni jak może wyglądać życie przeciętnego przedstawiciela rasy homo sapiens w 2030 roku. Zdanie pojawiło się obok takich sformułowań jak “Miliard ludzi przemieści się ze względu na zmiany klimatyczne” czy “Przygotujesz się do lotu na Marsa”. Nie oznacza to, że Wielki Światowy Rząd specjalnie zaplanował sobie na 2030 rok przesiedlenie miliarda ludzi czy zamierza wsadzić cię Czytelniku w rakietę i wysłać w kosmos. Chodziło tutaj o zauważenie trendów dziejących się już wtedy na świecie i ekstrapolowanie ich na 15 lat do przodu.
Czy ta obserwacja w spocie była wyssana z palca? No nie do końca, bo faktycznie po 10 latach jesteśmy już w stanie potwierdzić, że jako społeczeństwo w pełni zaakceptowaliśmy model subskrypcji oferowany nam przez duże korporacje. Żeby nie było, to nie jest coś zupełnie nowego. Od dekad przecież funkcjonowały abonamenty, czy to na telewizję i telefon, karnety na basen lub bilety miesięczne na komunikację miejską.
Przyzwyczajenie do subskrypcji wydaje się tym wygodniejsze, gdy coraz bardziej porzucamy przywiązanie do rzeczy materialnych. Z nadejściem przemysłu mamy na wyciągnięcie ręki wszystko, czego tylko zapragniemy (jeśli dysponujemy odpowiednimi środkami na koncie). Nie musimy sami szyć sobie ubrań albo nosić kurtki po tacie. Coraz częściej nawet nie musimy wybierać, wybiera za nas algorytm. Jesteśmy skłonni kupić coś co wyskoczy nam w reklamie przeglądając internet. “Nie będziesz nic posiadał” to przerażająca wizja zwłaszcza dla starszego pokolenia, która pamięta czasy gdzie po niektóre rzeczy trzeba było stać godzinami w kolejkach albo zbierać pieniądze miesiącami. Jednak sami decydujemy się na nieposiadanie, tylko wypożyczanie. Czy w czasach nadmiernego konsumpcjonizmu to taki problem?
Dobry zwyczaj, nie pożyczaj
Nadejście cyfrowego nośnika przyniosło całkiem nową erę doświadczeń. Możemy bez wychodzenia z domu mieć dostęp do wręcz całego dorobku ludzkości jeśli chodzi o masowe media. Kino, muzyka, tekst dość łatwym nakładem mogą zostać zdigitalizowane i udostępnione miliardom użytkowników internetu, zawsze i wszędzie.
Pamiętam jeszcze swoje dzieciństwo gdy z wypiekami na twarzy czekało się na piątkowy seans filmowy w TVN, gdzie puszczali Władcę Pierścieni. Bez opcji pauzy czy nagrania, trzeba było wysiedzieć do późna przed telewizorem, próbując nie zasnąć podczas kilkunastominutowych bloków reklam. Dzisiaj takie wspomnienie brzmi nieco dziwacznie. Ale czy nie było w tym pewnego uroku? Kiedy emitowano serial na który trzeba było czekać cały tydzień, a człowiek snuł różne teorie o tym, co wydarzy się w kolejnych odcinkach. A kiedy serial już leciał, trzeba było rzucić wszystko inne i przebłagać rodzeństwo aby oddali pilota. Nawet dzisiaj niektóre platformy streamingowe nie dodają wszystkich odcinków serialu jednego dnia, zostawiając nam pole do dyskusji.
Urządzając dzisiaj pokój rzadziej planuje się wielkie regały zastawione książkami i płytami CD. Skoro wszystko mamy w wirtualnej bibliotece, a nasze konta możemy dzielić także z innymi, to gdzie tutaj wady? Pozostaje jedynie opłacić miesięcznie niewielki koszt za dostęp do serwisu. Albo dwóch. Albo dziesięciu.
Problem zaczyna rosnąć, kiedy decydujemy się zbudować pokaźną listę platform pobierających co miesiąc swoje myto. Ten problem dostrzegli twórcy aplikacji i programów i przekuli na swoją korzyść. Często abonament staje się absurdalnym dodatkiem. Zamiast dożywotniego dostępu do aplikacji, można wykupić jedynie czasowy dostęp. A to rodzi wiele problemów. Nikt nie zagwarantuje, że platforma nie zwinie się po kilku latach (i razem z nią wszystko co w niej wydałeś i zapisałeś). Podwyżka cen może uderzyć w każdej chwili i jako użytkownicy nie mamy na to wpływu. Przy zakupie robota kuchennego za kilka tysięcy musisz osobno płacić miesięczny abonament za dostęp do listy z przepisami. Niektóre marki aut każą dodatkowo płacić za ogrzewanie siedzeń, chociaż cała elektronika z tym związana już jest zamontowana… Takie historie budzą kontrowersje i słusznie, bo pokazują, jak z właścicieli stajemy się jedynie konsumentami. Chwalmy więc organizacje takie jak UOKiK (Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów) albo inicjatywy jak Stop Killing Games, które walczą z takimi patologiami.
Twórcy aplikacji słusznie mogą się teraz oburzyć - przecież utrzymanie serwisu wymaga ciągłej pracy programistów i działania serwerów. Model subskrypcji zapewnia ciągły strumień pieniędzy i właściwie gwarantuje, że serwis będzie działał poprawnie długie lata. Z perspektywy konsumenta jest to więc dobre rozwiązanie. Nie chcę w moim wpisie całkowicie zakazać takiej praktyki biznesowej. W niektórych miejscach sprawdzi się ona lepiej, a w innych mniej. Nie piszę tutaj orędzia przeciwko korporacyjnej chciwości. Piszę tutaj do ciebie, Czytelniku, aby pomóc ci odnaleźć się w tej kapitalistycznej bańce.
Czy w tym wszystkim warto zadać sobie trud i mieć coś swojego?
Wrzućmy na tapetę przykład słuchania muzyki. Jednym guzikiem uruchamiasz Spotify i odpalasz polecaną playlistę. Pomijasz pierwsze 5 piosenek bo są takie sobie, potem trafia się coś fajnego i słuchasz, ale w połowie czujesz, że w sumie ten numer już się trochę przejadł, przełączasz na kolejny. Muzyka pomaga ci zagłuszyć rzeczywistość, ale czy faktycznie się nią cieszysz? Pomyśl teraz o innym przypadku. Podchodzisz do swojej półki z płytami, tam kolekcja twoich ulubionych wykonawców. Znajdujesz album, który kupiłeś na koncercie 20 lat temu. Wrzucasz w odtwarzacz i zanurzasz się we wspomnieniach. Lecą dwa numery, trzeci nie należy do twoich ulubionych, ale już wygodnie rozsiadłeś się w fotelu. Niech gra. Po dwóch minutach okazuje się, że nie jest wcale taki zły. Numer piąty brzmi dziwnie. Znasz go, ale nie słyszałeś go od lat. Jest mniej znany, więc prawie nigdy nie pojawia się na playlistach w popularnych streamingach. Odkrywasz swój ulubiony zespół na nowo.
Hej, imbryczku, co ty w ogóle wygadujesz, gdzie mam myśleć o wieży stereo za kilka klocków i jeszcze o półce na płyty w moim niedużym pokoju? Bez paniki, moim celem nie jest wysyłanie cię do oferty najbliższego sklepu Hi-Fi. Ale chciałbym Czytelniku abyś pomyślał jak konsumujesz media. Co powiesz na takie wyzwanie, w którym kolejnym razem kiedy będziesz chciał czegoś posłuchać na Spotify, po prostu znajdziesz jeden z albumów swojego ulubionego wykonawcy i pozwolisz mu grać. Bez playlisty. Bez przewijania. Bez pauzowania. Podejmiesz się?
Pod czarną banderą
Ustalmy jedno - kradzież, jaka by nie była, jest zła. Przyszło nam jednak żyć w takim świecie, gdzie wiele wartości musimy zrozumieć na nowo. Jednym z nich jest pozyskiwanie treści z nielegalnych źródeł, czyli piractwo.
Trend zaczął nabierać na sile kiedy poddaliśmy się masowym procesom digitalizacji. Średniowieczny mnich potrzebował miesięcy aby wykonać kopię jakiejś księgi, a ich cena nierzadko przekraczała majątek jednej rodziny. Kiedy nadszedł czas prasy drukarskiej, złożenie książki było już znacznie tańsze, szybsze, ale nadal wymagało pracy i materiału. A dzisiaj? Aby wykonać kopię cyfrowego tekstu wystarczą dwa kliknięcia, które zajmują kilka sekund i zostawiają minimalny ślad w pamięci cyfrowego urządzenia.
Czy piractwo to kradzież? Jak się okazuje, nie jest to takie oczywiste. Sam skłaniam się ku wersji, że tak, jest to złe i należy z piractwem walczyć oraz je piętnować. Jednak nie mówimy tutaj o kradzieży mienia, a raczej naruszaniu praw autorskich. To twórca danej treści decyduje na jakich zasadach odbywa się dystrybucja jego dzieła. Są jednak przypadki, w których jestem w stanie rozumieć dlaczego ktoś sięga po nielegalną ścieżkę zdobycia dostępu do pewnych treści.
Piractwo może w pewien sposób demokratyzować kulturę. Jeśli dana rzecz jest poza czyimś zasięgiem finansowym lub jest niedostępna w jego kraju ze względu na cenzurę, to być może jedyny sposób na konsumowanie tworów danego autora. Sytuacja jest zdecydowanie bardziej abstrakcyjna dla mieszkańców Europy, ale są miejsca na świecie, jak Ameryka Południowa czy Chiny, gdzie jest to prawdziwe.
Ktoś może też pomyśleć: kiedy czytam książkę pożyczoną od kumpla, a potem ją oddam, to czym to się różni od wykonania cyfrowej kopii i usunięcia jej potem? Tutaj trafiamy na ciekawy legalny problem. Właściciel cyfrowej kopii może ją powielać, ale na własny użytek. Jeśli wyślę ebook do mojego znajomego, to łamię prawo. Absurdalne? Tak. Czy ma sens? Też tak.
Nie chcę tutaj nikogo wybielać. Zachęcam cię Czytelniku do korzystania z legalnych źródeł. Nawet jeśli zdarzy ci się pobierać coś nie do końca zgodnego z prawem, to pomyśl o wsparciu autora dzieła jako podziękowanie za trud jego pracy.
Mieć czy Być
Tutaj powinien być rozdział w którym dokonuję ostatecznej walki dobra ze złem, piszę jak to rzeczy materialne nie mają znaczenia dla bytów istniejących w tej zupie zwanej Wszechświatem i liczy się tylko to, aby na koniec dnia być dobrym człowiekiem, a potem rozchodzimy się w pokoju.
Możemy snuć nieustanne dyskusje na temat absurdów mienia i bycia, ale ciebie, Czytelniku chciałbym pozostawić z refleksją o tym jakim konsumentem dzisiaj jesteś. Bo każdy z nas jakimś jest. Może jest ta jedna subskrypcja z której nie korzystasz od miesięcy i nie mogłeś zabrać się do jej usunięcia? Zrób to dzisiaj. Czujesz, że ostatnio ciężko znaleźć film albo grę która wciągnęłaby na dłużej. Może wcale nie musisz odhaczać kolejnego tytułu, tylko spędzić czas z czymś co budzi nostalgię?
Otrzymujemy ten krótki skok przyjemności ze zdobycia nowej rzeczy, rzadko czerpiemy frajdę z tego, że leży na naszej półce, ale i tak trudno nam się z nią rozstać. To działa instynkt, zbieranie zapasów jest zakodowane w naszych genach. Niech ostatnim przemyśleniem na dziś będzie odnalezienie tej jednej rzeczy, którą masz ale leży gdzieś zapomniana i czekała właśnie na ten moment, abyś po nią sięgnął.